Mefisto

Mefistofeliks

DSC_02291

Galeria zdjęć

10 stycznia 2014 roku, tuż po północy, gdy wracaliśmy z pracy, w nasze życie wbiegł mały, zlany krwią, wołający wniebogłosy o pomoc kociak. Zatrzymał się, spojrzał na nas przestraszony i… zawrócił. Przestraszył się nas i postanowił uciec. Ale nic z tego. My już – właściwie nie zamieniwszy ze sobą ani słowa – postanowiliśmy, że ten kociak będzie żył i że to my mu to życie podarujemy.

Usiłowaliśmy go złapać przez kolejne 3 godziny. Próbowaliśmy na wszystkie sposoby. Nasza przyjaciółka Ania, ściągnięta do pomocy, miaucząc chodziła na czworaka. Nic nie pomogło, kociak był nieuchwytny.

Wróciliśmy zrezygnowani do domu i zaczęłam pisać maile do schroniska, TOZ, fundacji i lecznic błagając o wypożyczenie klatki łapki. W końcu dostałam odpowiedź od fundacji Ebra. Wolontariuszki udostępniły nam klatkę i choć czas naglił, a kociak za pierwszym razem wyjadł Whiskasa nie złapawszy się (czym między innymi zasłużył sobie na imię kociego magika), nie poddaliśmy się. Dogadaliśmy się ze starszym panem sprawującym pieczę nad parkingiem strzeżonym pod naszym blokiem, pozwolił ustawić nam łapkę na terenie parkingu. Chodziłyśmy z Anią sprawdzać klatkę co godzinę – kociaka ani śladu. Po zamknięciu bramy parkingu stróż zobowiązał się chodzić do klatki co około godzinę i dzwonić w razie czego. Przejął się tak, że co 15 minut dzwonił poinformować mnie, że w klatce nic nie ma. Około 1 dzwonił znów. Byłam już jego ciągłymi telefonami poirytowana i straciłam nadzieję, że kociak się złapie. Zdenerwowana, odebrałam kolejny telefon, gotowa zwrócić mu uwagę, że trochę jednak za częste te telefony… a tam słyszę w słuchawce: w klatce jest czarno-biały kotek. MEFISTO! Już po chwili nieśliśmy klatkę z naszym rannym kociakiem do zaadaptowanej wcześniej na jego potrzeby piwnicy.

Mefisto złapał się w deszczową noc. Gdy nieśliśmy go w klatce do bloku okropnie płakał, ale jak tylko poczuł, że przestał padać na niego deszcz, ucichł zdziwiony. W piwnicy, jak tylko otworzyliśmy klatkę, czmychnął w najdalszy kąt. Z którego wyciągnęła go Ania, przygana do nas wiadomością, że kociak się złapał. Pozwolę sobie uważać, że ja mam rękę do kotów. Ale Ania ma po prostu dar. Przerażonego, kulącego się i syczącego kociaka wyciągnęła z kąta za kark takim pewnym ruchem, że nawet jego zamurowało. Obejrzeliśmy go dokładnie – okazało się, że rany które widzieliśmy na karku i na udzie, są zabliźnione. Kociak miał też ranę na brzuchu, która obrastała już futrem. Cała krew, którą widzieliśmy, pochodziła z ogonka – który był dosłownie w kawałkach, a wisiał u pupy kociaka na strzępach skóry. Zostawiliśmy mu legowisko, kilka kryjówek, kuwetę, jedzenie, wodę… i czas, by się uspokoił. Wszak do rana zostało już tylko kilka godzin, uznaliśmy więc, że nie ma sensu wieźć go teraz po nocy do całodobowej kliniki.

Z samego rana zaczęłam wydzwaniać do wolontariuszek Ebry z prośbą o kontakt do lekarza weterynarii, który jest obeznany z tematem bezdomności kotów i będzie wiedział co robić, a i przyjmie nas w niedzielę. Dostaliśmy kontakt do znanej nam lecznicy. Miałam zaraz wychodzić do pracy, więc pojechałam zapakować Mefista do transportera. W piwnicy okazało się, że… malucha nigdzie nie ma!!! Przeszukałam wszystkie kąty. Wspięłam się nawet na regały by sięgnąć do okienka przy suficie i sprawdzić, czy aby na pewno jest szczelne. Po kwadransie zorientowałam się, że maluch po prostu czmycha za moimi plecami z jednego miejsca na drugie. W końcu jednak udało mi się go zlokalizować i – nie bez trudu – umieścić w transporterze. Ja pojechałam do pracy, a Rafał z Anią i Mefistem to przychodni, gdzie Mefisto stracił pokiereszowany ogonek, dostał za to antybiotyk i środek przeciw pchłom, a my przykazania, jak pielęgnować kikutek ogonka, by paskudne, gnijące rany zaczęły się jak najszybciej zabliźniać.

Maluch był bardzo grzeczny. Początkowo prychał i uciekał na nasz widok, ale kiedy go łapaliśmy – natychmiast się uspokajał i pozwalał na zabiegi przy ranach.

Następnego dnia w drodze do przychodni postanowiłam pokazać maluchowi, że ludzkie ręce służą nie tylko do opatrywania ran, ale i do… głaskania. Przysięgam, że nigdy w życiu nie widziałam nic bardziej wzruszającego, niż nieskończenie wielkie zdziwienie kociaka, który pierwszy raz w życiu został podrapany pod brodą. W jego wielkich, okrągłych oczach malował się strach wynikający z niezrozumienia tego, co się z nim dzieje, a jednocześnie zaskoczenie, że dotyk ludzkiej ręki może sprawiać taką przyjemność. Niesamowite przeżycie, którego nie można z niczym porównać. Gdy po chwili odsunęłam rękę, a Mefisto po chwili zastanowienia nieśmiało położył brodę na moim palcu, do oczu napłynęły mi łzy. Gdy byliśmy już w przychodni i czekaliśmy na wizytę, kociak głaskany mruczał już jak traktor. Nie uwierzylibyście, jaki donośny pomruk może się wydobywać z tak małego, wątłego ciałka.

Kolejnego dnia nasza więź jeszcze bardziej się zacieśniła. Postanowiłam obmyć kociakowi tylne łapki, oblepione krwią. Mając pod ręką waciki i ciepłą wodę z płynem do kąpieli, postanowiłam obmyć mu też delikatnie pyszczek. Kociak był wciąż zbyt obolały i przerażony, by zajmować się swoją higieną. Gdy tak obmywałam go zwilżonym wacikiem, a Mefisto mruczał… skojarzyło mu się to najwyraźniej z ciepłym językiem kociej mamy, bo przytulił się do mojej ręki i zaczął mnie również wylizywać. Było to po prostu urocze.

Następnego dnia Mefisto zrobił kolejny krok w stronę swojej magicznej przemiany w kota domowego. Mianowicie zauważyłam, że wszystkie jego odchody płynne i stałe trafiają w jedno miejsce… pech chciał, że tym jednym miejscem było legowisko. Legowisko wyrzuciłam, postawiłam tam kuwetę. Kociak załapał w lot, o co mi chodzi – wszystko zaczęło trafiać tam gdzie trzeba. Tzn z tym trafianiem było na początku różnie… czasem jakiś bobek znalazł się na granicy kuwety lub zaraz poza nią. Ale po kilku dniach praktyki Mefisto miał już cela jak snajper i wszystko trafiało tam gdzie trzeba.

Tego samego dnia Rafał wkroczył ze swoją specjalnością – zabawą. Gdy byłam w pracy, on uczył Mefista zabawy. Kociak okazał się pojętnym uczniem, a zabawa – jego żywiołem.

Z dnia na dzień Mefisto miewał się coraz lepiej i coraz bardziej nam ufał. Z czasem przestał się przed nami chować, a nawet gdy wychodziliśmy od niego, zaglądał za nami zawiedziony, że już idziemy. Odwiedzaliśmy go kilka razy dziennie – trzy razy by opatrzyć rany i kilka razy, by się z nim poprzytulać i pobawić. Rany goiły się ładnie i bardzo szybko, szybciej niż się spodziewaliśmy. Kociak został odrobaczony, przeszedł testy na felv i fiv – z wynikiem ujemnymi po odbyciu kwarantanny został wprowadzony do naszego małego kociego stadka.

Nie został ciepło przywitany. Tula powitała go chłodno, z rezerwą. Aurelka zareagowała absolutnym przerażeniem. Mefisto spędził u nas miesiące długiej rekonwalescencji, w czasie których on i dziewczyny, mimo skrajnie różnych charakterów, nauczyli się żyć w swoim towarzystwie. Tula traktowała go jak niechciane dziecko, które wypada jednak kochać i troszczyć się o nie – nasza Królowa Matka zawsze pilnowała, aby rekonwalescent pierwszy najadł się do syta i dbała o to, by nie pakował się w tarapaty. Była dla niego równie opiekuńcza, co surowa – z pieczołowitością uczyła go respektowania zarówno kocich, jak i ludzkich granic. Aurelka z czasem stała się kompanką szaleńczych zabaw Mefista. Choć widzieliśmy, że energia kociaka z biegiem czasu zaczęła ją przerastać, cieszyliśmy się, że przewinął się przez nasze życie ktoś, kto potrafił Aurelkę do tego stopnia rozruszać – i zrobił to nie na chwilę, ta zapożyczona od Mefista żywiołowość ku naszej wielkiej radości pozostała w Aurelce do dziś.

Miesiące mijały, rany na ciele Mefista goiły się. Kociak zdrowiał, rósł, przybierał na wadze i sile. Z czasem zdominował Aurelkę, nie omieszkał również dokonać kilku bezskutecznych zamachów na władzę Królowej Tuli. Przez większość spędzonego u nas czasu skakał nam po głowach i nic nie robił sobie z obowiązujących w naszym domu zasad i granic, a my, z pomocą Tuli, próbowaliśmy go do ich respektowania przekonać. Bardzo długo wychowanie Mefista uważałam za swoją wielką porażkę – tak trudno było narzucić swoją wolę temu małemu szajbusowi. Ale teraz, gdy na to patrzę już z dystansu… Gdy opuszczał nasz dom nie ma już śladu po tym brudnym, niewychowanym dzikusku, którego złapaliśmy na ulicy. Mefisto nauczył się, że do drapania służy drapak. Że je się z miseczki, a nie z ludzkiego talerza. Że noc jest od spania. Że siku i kupa powinny lądować w kuwecie – mimo kilku wpadek w naszej pościeli… Że ludzkie ręce nie są od bicia, jak i że nie służą tylko do opatrywania ran i robienia zastrzyków – że służą przede wszystkim do głaskania… Że tych rąk się nie gryzie i nie drapie, że dużo milej jest je lizać i ocierać się o nie. Pod koniec swojego pobytu u nas zaczął nawet reagować na imię i przychodzić na zawołanie. Aurelka, zastępując jego rodzeństwo, nauczyła go kocich zabaw i czułości; a Tula, zastępując matkę, kociej komunikacji i respektowania stawianych przez inne koty granic.

On nauczył je wchodzić na blat w kuchni… Zostawiając mi przy tym lekcje do odrobienia, coby mi się nie nudziło, gdy jego już nie ma z nami.

Ile on nas nauczył przy tym wszystkim – nie ma na świecie żadnej miary, którą można by to zmierzyć, ani słów, którymi można by to opisać.

Moje motto życiowe brzmi – spokojne morze nie uczyni z ciebie dobrego żeglarza. Mefisto był morzem pełnym burz, sztormów, szkwałów i czego tam jeszcze. Zrobił z nas cholernie dobrych żeglarzy.

10 maja 2014 roku, Mefisto – zdrowy, zaszczepiony i wykastrowany – zamieszkał ze swoimi nowymi opiekunami. Swoich nowych ludzkich przyjaciół – Laurę, Beatę i Makarego – poznał już wcześniej i pokochał od pierwszego wejrzenia. On ich wybrał i ja mu zaufałam. Mefisto, choć pod koniec pobytu u nas nie był już nawet w połowie tym dzikuskiem co na początku, wciąż znikał jak kamfora, gdy tylko przychodził do nas ktoś obcy. Gdy odwiedzili nas Laura i Makary – Mefisto przywitał ich, jakby znał ich całe życie.

Mefisto, jako pierwszy kociak, który wyszedł z naszej hodowli, na zawsze zajął szczególne miejsce w naszych sercach.

Choć dziewczyny odetchnęły z ulgą, gdy wreszcie odzyskały swoje królestwo i upragniony spokój wierzę, że w głębi serca również przechowują ciepłe wspomnienia o kocim magiku, który na moment wywrócił ich życie do góry nogami.

W nowym domu Mefisto mieszka ze swoim kumplem, Schrodim. Schrodi, jak się okazało, świetnie rozumie i porozumiewa się z kocim magikiem zabawnym językiem, którym Mefisto próbował komunikować się z nami i naszymi dziewuszkami. W nas nie znalazł wdzięcznych słuchaczy – na szczęście Schrodi okazał się bardziej elokwentny niż my. Początkowo to Schrodi musiał nadążać za niespożytą energią Mefista, dziś zaś to właśnie Schrodi dba o to, by Mefisto zażywał odpowiedniej dawki ruchu.

Advertisements

One thought on “Mefisto

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s