Nasz pierwszy poród…

Jako raczkujący hodowca czuję ogromną wdzięczność wobec losu, który obszedł się ze mną łaskawie – nasz pierwszy poród przebiegł praktycznie bezproblemowo. Tula poradziła sobie z kocim sekstetem szybko i sprawnie – większość kociaków wyskakiwała z niej jak pestki z cytrynki, a zaraz za nimi podążały przynależne maluchom łożyska. Kolejność kociąt współgrała z zamiłowanie Tuli do porządku – szły parami, ladies first.

O 19:15 rozpoczęły się regularne skurcze i bardzo szybko odszedł czop śluzowy. Tula była troszkę zdezorientowana, przeniosłam więc ją delikatnie do porodówki i tam głaskałam i przemawiałam do niej czule, a ona odpowiadała mi mruczeniem i pocałunkami. Wkrótce skurcze nasiliły się i ujrzałam pierwszy… ogonek.

Pierworodna córeczka naszej Królowej szła na świat nóżkami do przodu i od pierwszych chwil życia postanowiła przypieczętować nazwę naszej hodowli – jak Tolkienowskim elfom, bardzo jej było tęskno wrócić tam, skąd przybyła. Ilekroć Tula wypychała ją lekko skurczem na świat, mała robiła siup! i chowała się z powrotem… myślę, że nie muszę ubierać w słowa strachu, o jaki nas mała księżniczka swoimi harcami przyprawiła. Choć poziom adrenaliny walił o sufit, z moją małą pomocą koteczka około 19:45 znalazła się na świecie. Chwilę przedtem wrócił Rafał (tuż przed rozpoczęciem akcji porodowej wyszedł na zakupy) i Tula jakby uznała, że skoro jesteśmy w komplecie, to teraz już wszystko jest jak należy, uspokoiła się i zabrała do rzeczy. Szybciutko wypchnęła przynależne pierwszej koteczce łożysko, a małą troskliwie wylizała. Koteczka nie zmieniła zdania na temat swojej obecności po tej stronie brzucha i wciąż usilnie próbowała dostać się w miejsce, z którego do nas przyszła. Myślę, że zasłużyła sobie na imię Altáriel – jedno z imion Galadrieli, która opuściwszy Aman, nigdy nie rozstawała się z pragnieniem powrotu do królestwa Valarów. Wygląda więc na to, że w ten sposób narodziła się pierwsza Księżniczka LoveLorien… drobna, spokojna Altáriel, jak na królewnę przystało, z gracją ciągnie upatrzonego cycuszka i nie wdaje się w awantury z resztą rodzeństwa.

2

A zatem – jak Tolkienwska historia nakazuje, jako pierwszy narodził się elf. Na drugiego kociaka nie musieliśmy długo czekać – ten szedł do nas już główką i narodził się o 20:09. Duży, silny, z uporem domagający się swego – niczym… człowiek. U Tolkiena ludzie byli drugimi dziećmi Stwórcy, a ich imię w języku elfów brzmiało: Atani. Takie też imię nadaliśmy drugiemu dziecku Tuli. Wyraźnie odznacza się na tle całej gromadki – jest najciemniejszy z kociątek.

5

Na kolejnego kociaka nie przyszło nam czekać długo. Zaraz za Atanim wyszło jego łożysko, a tuż za nim już pędził na świat kolejny kociak – tym razem koteczka. Urodziła się o 20:22, główką do przodu. To bardzo energiczna panienka, która od początku miała wiele do powiedzenia. Ta mała kluska co chwilę awanturuje się o cycucha, ale gdy ją do jakiegoś przystawiam, wypluwa go i szuka własnego. Najbardziej smakują jej cycuchy już zajęte – masę energii poświęca na przeganianie rodzeństwa od “upatrzonego” sutka – krzycząc, rzucając się, a nawet okładając inne kociaki łapkami. Jedno trzeba jej przyznać – zwykle batalię o mleko wygrywa, a gdy już odniesie zwycięstwo, to dumna z siebie uwiesza się na cycuszku i ssie bez opamiętania… w końcu musi mieć dużo sił – za jakiś czas na pewno znajdzie się okazja, by wszcząć nową awanturę. Koteczka bez dwóch zdań już w pierwszej dobie życia zapracowała sobie na imię Ognistego Ducha – nazwaliśmy ją Ariena. W Tolkienowskim świecie Ariena przewodzi słońcu wyznaczając rytm dnia i nocy. Naszą dobą również kieruje wola Arieny – gdy z porodówki wydobywają się donośne piski wiemy, że kociaki rozpoczynają kolejny posiłek.

11

Kolejny maluch urodził się o 20:37, również główką do przodu. Jest to kocurek, który odznacza się na tle innych kociąt dosyć krępą budową. Jego imię to Aule. Jego zapowiadająca się na dosyć kompaktową budowa, spokój, ale i upór z jakim wisi na upatrzonym cycuchu, oraz to, że upodobał sobie “podziemia” (znaleźć go można zawsze zakopanego pod innymi kociakami, okupującego najniżej położone cycuszki) sprawiły, że zasłużył sobie w naszym mniemaniu na imię stwórcy i “ojca” Tolkienowskich krasnoludów.

23

Podczas gdy cztery maluszki ssały ile sił pierwsze krople odżywczego mleka, Tula pochłonęła dwie miseczki mięsa, jedna za drugą. Po posiłku wypielęgnowała narodzone już kocięta i udała się na krótką drzemkę. Cała ta przerwa trwała przeszło godzinę i zaczynałam się już trochę niepokoić, ale Tula była spokojna i widać było, że czuje się dobrze, więc czekałam cierpliwie, w przerwach od pielęgnowania kociąt głaszcząc ją po brzuszku i drapiąc pod bródką. W końcu doczekałam się kolejnych skurczów i na świat zostało wypchnięte największe kociątko – szło nóżkami, ale urodziło się bez problemu. Jest to duża, piękna dziewczynka. Co chwilę z niedowierzaniem zaglądam jej pod ogonek – ale podczas gdy u gentlemanów wyraźnie odznaczają się wzgórki, u niej pozostaje dziewczęca kropeczka. Urodziła się jako największa z miotu. Ma piękną, dużą główkę i potężne łapcie. Jak na takiego małego szczurka odznacza się zadziwiająco mocną budową, co wyraźnie odróżnia ją od reszty rodzeństwa. Bije od niej anielski spokój. Rozczulająco wisi u wybranego cycuszka lub wtula się w mamę, a gdy straci źródło mleka, szuka go łagodnie, ale stanowczo. Jej imię to Arda.

Kolejne maleństwo… przyszło na świat błyskawicznie! Podczas gdy ja – wiedząc, że poród zmierza ku końcowi – obmywałam Tuli pupę po Ardzie, usłyszałam cichutkie plum! i nagle w mojej dłoni zmaterializowało się ostatnie kocię. Stało się to 12 minut po poprzednim maleństwie. Ostatnie kociątko czaiło się w drogach rodnych tuż za przedostatnim i zostało błyskawicznie wypchnięte jednym, niezbyt mocnym skurczem. Był to chłopczyk – jego błony płodowe pękły zanim wyszedł na świat, a że witał nas główką, bardzo martwiłam się, że zachłysnął się płynem – jego nosek i pyszczek były zalane. Moje przerażenie potęgował fakt, że kociak nie ruszał się i nie wydawał żadnego dźwięku. Bez namysłu dałam mu kilka “odsysających” buziaków – miałam w pogotowiu gruszki, którymi dla pewności delikatnie odsysałam poprzednie kociątka, ale w przypadku tego ostatniego nie wahałam się ani sekundy i odessałam go metodą usta-usta. W międzyczasie Tula mocno pobudzała go do życia wylizując, a ja pomagałam jej, wycierając malucha energicznie flanelową pieluchą. Przeżyłyśmy prawdziwe chwile grozy, ale po kilku chwilach kociak zmarszczył nosek, cmoknął i… wrzasnął, domagając się cycucha i ciepła maminego ciała. Z niesamowitą ulgą patrzyłam, jak energicznie przepycha się między innymi kociętami. I tak mu już zostało – ten najmniejszy kocurek ma tyle pary, że bez trudu dorównuje Arienie. Ciągle się rozpycha, podkrada cycuchy rodzeństwu i wszczyna z siostrą karczemne awantury. Jakbym nie ułożyła kociaków – jakimś cudem ten ostatni Rumcajs i Ariena zawsze w mgnieniu oka się odnajdują i biją o tego samego cyca, wrzeszcząc przy tym wniebogłosy. Oczywiście zawsze musi być to cycuszek już oblegany przez jakieś inne kocię – inaczej nie byłoby zabawy. W związku z okolicznościami w jakich przyszedł na świat, kocurek nazwany został na cześć Dunadana, któremu udało się uciec z tonącego Numenoru – Anarion.

42

Oczywiście nie zapomniałam o naszym ostatnim, najsłodszym kociaku… Aurelce. Aurelka, jak tylko zaczął się poród, zajęła miejsce w loży:

A1

W trakcie krzątaniny w pewnym momencie weszła jeszcze wyżej, bacznie nas obserwując:

A2

Aż w końcu znudzona położyła się na podłodze:

A3

…gdzie odczekała grzecznie, aż poród się skończy. Po jakimś czasie od urodzenia ostatniego kociaka zdecydowała się podejść i zajrzeć do porodówki. Jak można było się domyślić, gromada wijących się szczurków wgryzających się w brzuch Tuli wywołała u Aurelki niemałą konsternację. Wrażenie spotęgowały zupełnie obce, nieprzyjemne zapachy bijące od znajdującej się w porodówce gromadki. Aurelka burknęła i wzięła nogi za pas – wyemigrowała do drugiego pokoju, gdzie wciąż urzęduje. Ma tam stary drapaczek, ulubioną kuwetę, miseczki z wodą i jedzeniem, a na osłodę tych ciężkich chwil, dostała wczoraj wyjątkowo całą przepiórkę (zwykle dostaje na śniadanie 1/4 tuszki). Żeby oswoić ją z sytuacją, przynoszę jej zużyte pieluchy z porodówki – Aurelka obwąchuje je z dużą rezerwą, ale powoli oswaja się z tym niecodziennym zapachem. Co jakiś czas zapuszcza się ostrożnie do pokoju z porodówką – ale jak tylko jakieś kocię zapiszczy, Aurelka zwiewa jak postać z kreskówki, mało łapek nie pogubi.

Tula jest niesamowicie wyrozumiała w stosunku do Aurelki. Już wczoraj, co jakiś czas, gdy najedzone kocięta spały sobie smacznie, Tula powolnym, uspokajającym krokiem wchodziła do “pokoju Aurelki” i kładła się w progu. Podczas gdy przerażona Aurelka cała się stroszyła i burczała na tego “śmierdzącego” potwora, Tula przyjmując łagodną postawę: “tylko sobie leżę, nic ci nie robię, wszystko jest ok”, mruczała do niej czule i uspokajająco.

Dziś rano czekała mnie miła niespodzianka – Aurelka przyszła do nas do łóżka i choć nie posiedziała dłużej niż dwie minuty, to przez tą chwilkę wtulała się we mnie i mruczała jak traktorek. W nagrodę za przełamanie się dostała śniadanko, w czasie którego odwiedziła ją Tula. Aurelka tak była zajęta ogryzaniem tuszki, że nawet zapomniała się przestraszyć i Tula sprzedała jej buziaka w czoło. Mina Aurelki – bezcenna. Potem otrząsnęła się i troszkę Tulę oburczała, ale pół godziny później leżały już sobie na luzie “razem” (około pół metra od siebie) w połowie drogi między swoimi obecnymi “terytoriami”. Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze do przywrócenia harmonii w stadzie.

Choć poród był łatwy, a Tula jest wspaniałą matką, ja już zdążyłam przekonać się na własnej skórze, że hodowla to nie sielanka… Przespane godziny od kiedy maluchy są na świecie mogę policzyć na palcach jednej ręki, a w głowie aż huczy od pełnych niepokoju myśli – czy Tula dobrze się czuje? Czy ma dość mleka? Czy kocięta nie są głodne? Czy się wypróżniają? Czy przybierają na wadze? Czy nie jest im za zimno? … Ufff… Zgadnijcie, ile razy zajrzałam do porodówki składając do kupy tą notkę? Ja sama straciłam rachubę!

76

A na koniec – mała ściągawka:

Altáriel – koteczka, złota wstążeczka
Atani – kocurek, zielona wstążeczka
Ariena – koteczka, niebieska wstążeczka
Aule – kocurek, czerwona wstążeczka
Arda – koteczka, fioletowa wstążeczka
Anárion – kocurek, jasna wstążeczka

Advertisements

Drapichrusty

O tym, dlaczego drapak jest tak ważnym elementem wystroju kociego wnętrza pisaliśmy tutaj.

Gdy zdecydowaliśmy się zaprosić do naszego życia koty, oczywistym było dla nas, że w naszym domu musi stanąć drapak. Jak wielu początkujących kociarzy myśleliśmy, że robimy złoty interes, zamawiając na allegro tani (150zł) i jak się nam wydawało, ładny, duży i solidny drapak.

1044248_316583075142612_1046153867_n

 

Doświadczeni kociarze na pewno domyślają się, jaki był ciąg dalszy tej opowieści i na pewno nie powstrzymują się nawet przed pełnym politowania dla naszej naiwności uśmieszkiem. Oczywiście, drapak był ładny i solidny tylko przez kilka pierwszych tygodni. Z czasem… Hm, może pomińmy całe to “z czasem” i przejdźmy od razu do dnia dzisiejszego, gdy w kącie naszego salonu stoi rozklekotane, pozaciągane, rozłażące się straszydło, wielokrotnie reperowane i reanimowane.

Sfrustrowani konstrukcją chyboczącą się gdy kot ledwie pomyśli, by choćby koło niej przejść, a mając w perspektywie powiększenie się kociej rodziny o tulinkowe kłębuszki, zdecydowaliśmy się wykosztować na Marzenie Każdego Kociarza (MKK). Płacąc 160zł za absolutnie podstawowy słupek średniej wielkości, wydawało nam się, że płacimy jak za zboże i mogę przysiąść, że robiąc przelew słyszałam, jak węże w naszych kieszeniach z pełnym zaangażowaniem i niewzruszoną powagą dyskutują o zbiorowym samobójstwie.

Kilka dni później MKK było już z nami, i…

Tula jest typowym kotem, który z dystansem podchodzi do nowości. U dziewczyn panuje jednak niepisana zasada, że to Tula najpierw poddaje nowość kontroli jakości, a Aurelka czeka grzecznie, aż starsza koleżanka zaakceptuje nowy nabytek. Tak też było tym razem:

DSC_0124  DSC_0140

Gdy Tula drapak sprawdziła ze wszystkich stron i uznała, że to w gruncie rzeczy nic ciekawego… Przyszła kolej na Aurelkę.

Mamo, mogę?

DSC_0131

A potem… Szaleństwom nie było końca! Do tej pory ulubioną zabawą Aurelki było ściąganie piórek z półeczek wiszących na ścianie. Tego dnia w kółko prosiła, żeby wkładać jej zabawkę na drapak, ściągała – i znów wołała, żebyśmy ją tam położyli. Wspinała się na słupek ze zwinnością wiewiórki i nie mogła nacieszyć nowym nabytkiem. A drapak – ani drgnął!

 

DSC_0142

DSC_0146 DSC_0148 DSC_0149 DSC_0151 DSC_0152 DSC_0154 DSC_0155 DSC_0156 DSC_0158 DSC_0160

https://www.youtube.com/watch?v=_DihQ2066Yg

Jeśli chodzi o podejście do nowości, Aurelka jest zupełnym przeciwieństwem Tuli. Dla niej wszystko co nowe jest nieskończenie ekscytujące, ale dawno nie cieszyła się niczym tak, jak tym drapakiem! Ja też nie mogę się nacieszyć – jest duży, solidny i naprawdę pięknie się prezentuje. Kiedy za niego płaciłam wydawało mi się, że płacę jak za zboże, ale teraz kiedy już u mnie stoi to w porównaniu do jakości mam wrażenie, że kupiłam go za bezcen.

MKK kociarza przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Co więcej… Widzicie to lekko zabarwione szaleństwem spojrzenie Aurelki…? Moje, moje, moje… Nie oddam!

DSC_0139

Jedyne, czego żałuję, to że ów “mały”, “skromny”, “prosty” słupek nie stanął u nas już przed dwoma laty!